Ostatnie wpisy
Zakładki:
Z czym się je Fusy?
|
wtorek, 15 kwietnia 2008
Epicka wyrazicielka kobiecych doświadczeń?
W czwartek 17 kwietnia o g. 18.30 Feminoteka i Instytut Książki organizuje spotkanie literackie DORIS LESSING – epicka wyrazicielka kobiecych doświadczeń. W dyskusji udział wezmą: Kazimiera Szczuka (krytyczka literatury), Dorota Filipczak (badaczka literatury anglojęzycznej) i Rafał Skąpski (dyrektor Państwowego Instytutu Wydawniczego). Spotkanie odbywa się w ramach ogólnopolskiego Festiwalu Literatury Popularnej POPLIT Cztery Pory Książki. Za ile? Wstęp wolny..... Gdzie? TR Warszawa, ul. Marszałkowska 8
– 11 literacki Nobel dla kobiety: literatura kobieca na salonach? Patroni medialni TR Warszawa: AMS, Aktivist, Exklusiv, Gazeta.pl, Gazeta Wyborcza, Tok FM, TVP Kultura Jak sądzę, można tam pojść bez ryzyka intelektualnego uszczerbku. Przeciwnicy feminizmu też znajdą atrakcyjne tematy do polemik ;-)
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Refleksje postmonograficzne - zatarte wspomnienia po Barbarze Radziwiłłównie
dd-data, poniewczasie, ale zawsze. Odniosę się po kolei do Twoich podpunktów: ad 1) Jestem przekonana, że Michał Witkowski to jednostka twórcza. Mróżę oko na jego emisę, gejowską afektację, za to doceniam odwagę w pokonywaniu (ponoć olbrzymiej) tremy. I umiejętność zdystansowania sie do własnego teksu. Spowiadania się z niego lekko, żartobliwie, ani nie strosząc piór, ani nie chowając sie w piasek. Tak to zapamiętałam, a było to dwa miesiące temu. ad2 ) Dlaczego intelektualiści potrzebują bratać się z parobkiem? Czemu Rydle wybierają Mikołajczykówny? Imho dla konfrontacji swoich wyobrażeń o świecie, innych, o sobie, z tym światem, z innymi, ze sobą. Tudzież ze schizofrenicznej potrzeby pobawienia się trochę w mimicry. W obu przyczynach nie widze nic złego. Poza tym lumpenproletariat nie specjalnie ma środki - materialne, formalne - po temu, aby o sobie dobrą ksiażkę napisać. Więc trzeba niejako za nich. Grunt, żeby szczerze :) Sumując wszystko: wybór tematu mnie nie boli (ale masz szansę przekonać mnie jeszcze, że powinien). ad 3) Fakt. A szkoda. ad 4) jw ad 5) Sprawa zakończenia: jeszcze go nie znam, bo głowny bohater, jego język, jego słowotok, strasznie mnie zmęczyły. Chciałam Radziwiłłównę przeczytać jak najprędzej, żeby nasza konfrontacja była żywa, sprawdzić, czy kończy się tak, jak przypuszczałyśmy, ale po drodze zaplątałam się parokrotnie w witkowskich girlandach z literek, sens odpłynął a powieki powiedziały basta i opadły. Tymczasem minęły dwa miesiące, tabuny ciekawszych od tej powieści ustawiły się w rzędzie do skomentowania. Z monodramu zapamiętałam to, co i Ty. Przedstawienie kończy się niedorzecznie. Pozostawia niedosyt. I psuje recepcję całości. Wydaje mi się, że tuż po spektaklu życzliwiej odbierałam widowisko. Teraz rozpłynęło się w sztucznym dymie, który na koniec wypełnił salę. I stało się aksjologicznie ;) przezroczyste.
sobota, 22 marca 2008
Kilka słów o Tybecie
W zasadzie to brak mi słów... Mnisi niosą ludziom oświecenie, ale najwidoczniej wolimy żyć w ciemnocie. Olimpiada nabiera nowego sensu, a w zasadzie wraca do pierwotnego. Igrzyskom zawsze przecież towarzyszyła krew. Jeśli macie podobne odczucia, wypowiedzcie się na przykład na tym blogu. Jakakolwiek forma sprzeciwu jest lepsza niż milczenie.
środa, 20 lutego 2008
Refleksji monodramicznych cd.
Pragnę wykorzystać moment mojej choroby, i choć z wysoką temperaturą, wypowiem wreszcie, co myślę na temat monodramu Michała Witkowskiego: 6) Oczywiście racji mieć nie muszę. Jestem chora, książki nie przeczytałam, oglądałam jedynie monodram, który do lektury natchnął mnie w umiarkowny sposób. Martwię się, że kilka godzin nad zadrukowanymi kartkami może się okazać stracone.......... epistemologicznie :-) Chodzi mi o wartość poznawczą lektury i płynące z niej inspiracje. Twoja kolej Hot_fuss ;-)
niedziela, 17 lutego 2008
Rozmowy nocą
Gdybym kupiła bilet na Rozmowy nocą, zapewne bym żałowała. Zostałam zaproszona, więc poszłam, zobaczyłam i dziś, po 4 dniach od premiery niewiele zostało mi w pamięci. Prócz tego, że Magdalena Różdżka grała z jedną miną, tą samą, którą u Giocondy określa się jako „wyraz niedopowiedzenia psychologicznego”. Prócz tego, że dziełko było – co charakterystyczne dla lepionych taśmowo polskich komedii romantycznych – zmontowane bez głowy: nowe postaci – Filipy z konopii - wyskakiwały nagle w połowie filmu, a widzom pozostało domyślanie się kim one są i po co. Do akcji wpleciono też parę scen - w zamierzeniu surrealistycznych, a w efekcie – przyfastrygowanych do reszty widocznym, grubym szwem. Prócz tego, że główna heroina (przyczyna wszystkich filmowych konfliktów) zachowywała się zupełnie niezrozumiale, jakoś wydumanie i zdecydowanie zbyt dramatycznie. Uciekała niewiadomo przed czym, zrywała niewiadomo dlaczego. Miałam ochotę potrzepać bohaterką, żeby jej się maszyneria przestawiła i w końcu zatrybiło oraz by choć na chwilę opuściła kąciki ta paszczęka wciąż radosząca. Na szczęcie ubiegły mnie napisy końcowe. Zapamiętałam jeszcze, że pokazano nam bogatą galerię postaci, ale wszystkie były obrysowane grubym flamastrem. Nikomu nie dane było pogłębienie psychologiczne choćby do wysokości skarpetek, bo już znikał zastąpiony kolejną figurą z szablonu. Wiem, to typowe dla rodzimych komedyjek. Ale ja protestuję, nie chcę się przyzwyczajać do kinowego fastfoodu. Nigdy nie będę przychylna płytkim produkcjom. Pamiętam także, że film miał kilka śmiesznych momentów. Oraz że Dorociński był tu jedyną wiarygodną postacią. Wspominam też przyjemną oprawę muzyczną i wizualną. Ogólnie – biorąc poprawkę na jakość polskiego kina – wystawiam produktowi „3”. Choć pewnie i tak dobrze się sprzeda, skoro tworzony był z okazji święta komercji czyli walentynek.
sobota, 02 lutego 2008
Monodram obejrzany
Veni, vidi, non comprehendi. .. A dokładniej opiszę swoje wrażenia później. Muszę się z tym przespać. Mam nadzieję, że hot_fuss wyrazi zgodę i podejmie polemikę. Obie to widziałyśmy :-)
środa, 30 stycznia 2008
Monodram Michała Witkowskiego
Autor jest rozpoznawalny głównie dzięki paszportom Polityki 2007. Jest laureatem konkursu w kategorii literatura za książkę Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej. No więc monogram Tego Michała będzie wystawiany w Teatrze Rozmaitości 1-2 lutego i 7-10 lutego o godzinie 20.00 Ja się wybieram, żeby bliżej zapoznać się z twórczością Michała.
niedziela, 27 stycznia 2008
Głową w mur
Widział kto kiedyś punkową tragedię antyczną? I jak to w ogóle brzmi? Dziwacznie. Tymczasem film jest rewelacyjny. Uwodzi, drażni, wbija w fotel, a w dodatku pozostawia coś, co Bree Van de Kamp, bohaterka Gotowych na wszystko, myliła przez lata z orgazmem: „mrowiące uczucie ulgi, że jest już po wszystkim”. Czy to dobrze? Bardzo dobrze. Ile filmów można opisać w ten sposób? Zobaczyłam go dopiero teraz, cztery lata po premierze, która przyniosła twórcom wagon statuetek (Złotego Niedźwiedzia, nagrodę EFA za film roku, nagrody na Berlinale dla reżysera, operatora i aktorów pierwszoplanowych). Co niespotykane, opinie widzów na forach internetowych są równie entuzjastyczne.
Głową w mur opowiada o parze tureckich emigrantów mieszkających w Berlinie, podstarzałym punku oraz młodej lafiryndzie. Poznają się w szpitalu psychiatrycznym, do którego trafili po próbach samobójczych. Takie zawiązanie akcji nie wróży nic dobrego. I rzeczywiście, chociaż bohaterowie odnajdują się już na początku, długo jeszcze przyjdzie im szukać (nie tylko siebie nawzajem, ale też tożsamości ustawionej w rozkroku między turecką krwią a niemieckim habitatem). Reżyser pokusił się o nadanie filmowi formy greckiej tragedii. Dziwny to zabieg, ale wyszło mu przednio. Dzieje kochanków przecinają stasimony (=komentarze chóru, które zastąpiono pieśnią stambulskiej kapeli). Epeisodia (epizody) posuwają akcję do przodu systematycznie, o parę tygodni, miesięcy, ostatecznie lat. Mimo takiego poszatkowania, napięcie narasta; widz wierci się na fotelu czekając na ciąg dalszy. W każdym szanującym się starożytnym dramacie mamy coś, co zwie się kommos – scena lamentu, kiedy bohater cierpi tak srodze, że aż zaczyna nas w dołku ściskać. Znacie to? Gniecie wtedy trochę jak mały głód, tylko inaczej. Uwaga, to znak, że zaczynamy film przeżywać. Pielęgnujmy w sobie taki stan, a w finale będziemy mieć piękne katharsis. „Głową w mur” ma swój kommos i pozwala przeżyć ostateczne „mrowiące uczucie ulgi”.
Ostrzegam, film jest mocny. Kadry równie bezlitośnie odsłaniają brudne ulice, zagracone wnętrza biednych mieszkań, meliniarskie kluby, co impulsywne, brutalne zachowania bohaterów z rozczochranymi głowami, kudłami na rzęsach, plamami na koszulach. Punkowe obrazowanie koresponduje z punkowym modus operandi: bohaterowie buntują się z jednej strony przeciw obcej rzeczywistości, w której żyją, z drugiej przeciw tradycyjnym wartościom ich narodowej kultury. Ćpają, żeby zapomnieć, słuchają The Clash, błądzą bez celu i wpędzają się w kłopoty.
A potem, z czasem, powoli dorastają. Obserwujemy te zmiany i czujemy, jakbyś towarzyszyli im od lat. Niejednowymiarowe, wiarygodne, pięknie rozwijające się postaci to największy atut filmu. Birol Ünel i debiutantka, Sibel Kekilli, poradzili sobie z rolami znakomicie. Kolejnym atutem jest sama fabuła. Ale nie napiszę o niej nic. Zobaczcie sami i dajcie się oczarować.
środa, 16 stycznia 2008
Kolejne spotkanie z cyklu Apetyt na Literaturę
Tym razem gośćmi będą Marek Krajewski i Mariusz Czubaj autorzy ksiązki "Aleja samobójców" wydanej przez W.A.B. Tytuł pachnie egzystencjalistycznym mrokiem, ale o czym tak naprawdę jest książka dopiero zobaczę.... Wtorek 29 stycznia, godz. 20:00 Klub Punkt na Koszykowej.
wtorek, 15 stycznia 2008
Opowieść o Despero Kate DiCamillo
"W świecie, który spowija mrok, światło jest bardzo cenne. Zbliż się, czytelniku. Zaufaj mi. Opowiem ci historię." Tak rozpoczyna książkę Kate DiCamillo. Książkę o beznadzieji, rozpaczy, odwadze, walce o miłość i komplikacjach, w które obfituje życie. Czytelnik zetknie się na kartach powieści także z opisami budzenia się tożsamości czy heroicznej odwagi, która jako jedyna może przezwyciężyć beznadzieję. Bedzie to historia o narodzinach miłości przekraczającej granice, rekompensacie za doznane cierpienia, zemście i przebaczeniu. Autorka bardzo kunsztownie buduje strukturę tekstu. Opowieść składa się z trzech głównych wątków dotyczących różnych bohaterów. Historii każdego z nich zostaje poświęcona jedna księga, dopiero jednak w ostatniej, czwartej księdze wszystkie porozrzucane w tekście elementy składają się w całość. Czas akcji także jest mocno sfragmentaryzowany: liczne retrospekcje czy brak logicznego powiązania nastepujących po sobie scen (zwłaszcza miedzy księgami). Ja osobiście bardzo lubię książki, które wciągają za włosy w proces lektury. Opowieść o Despero na pewno nie jest tak skomplikowana, jak Imię róży, ale autorce nie brakuje umiejętności konstruowania fabuły w kunsztowny sposób. Główny bohater to słabowita myszka, która urodziła się z otwartymi oczkami od pierwszych chwil życia wpatrzonymi w światło. Ponieważ zdrowie i odmienność gryzonia (sic!) nie dawały mu szans na przetrwanie, rodzice nazwali go Despero (łac. tracić nadzieję, uważać coś za stracone). Kolejnymi istotnymi z punktu widzenia rozwoju akcji postaciami są: księżniczka Pi, której zmarła mama, szczur Chiaroscuro (etymologia imienia z włoskiego antytetycznego zwrotu "światło-cień"), sprzedana przez ojca na służbę dziewczynka zwana Miggery Sow... Aha, i jeszcze warto wymienić więziennego strażnika Grzegorza, który powiedział myszce kilka ważnych zyciowych prawd: "Posłuchaj, myszko, co ci powie Grzegorz, bo jeszcze nie wiesz, o co prosisz. Tu, w tym lochu jesteś w samym środku zdradzieckiego, mrocznego serca świata.(...) Grzegorz juz wiele razy widział tragiczny koniec myszy". Dalsza rozmowa przebiega mniej więcej tak: "-Ale ja muszę żyć - zaprotestował Despero. - Nie mogę umrzeć. Opowieść o Despero to przepiękna książka nie tylko dla dzieci. Oczywiście zwłaszcza im jest dedykowana, ale ja również poczułam, że wzbogaciłam się dzięki lekturze - czytając, miałam okazję przeżyć tajemnicę. Tajemnicę miłości, tajemnicę życia i tajemnicę przeznaczenia. Jak mawiał mój ukochany wykładowca z Zakładu Literatury dla Dzieci i Młodzieży na UW dr Grzegorz Leszczyński, nie zamykajmy dzieci w różowych gettach, wykrajając dla nich tylko mdły i tandetny fragment rzeczywistości. Dobra i mądra książka zarówno ta dla dzieci, jak i dla doroslych, pozwala nauczyć się czegoś o sobie, pomaga sformułować ważne pytania, nie ucieka od przedstawiania tego, co trudne. Z wypiekami na policzkach co wieczór razem z moim czteroletnim dzieckiem czytaliśmy Opowieści o Despero. Momentami maluch się bał, ale nie czarownicy czy złego ducha, tylko czy oby na pewno dobro zwycięży. Czy mała myszka pokona swoje słabości i znajdzie w sobie odwagę, by spełnić życiową misję? Czy do końca pozostanie wierna sobie? Powiem szczerze, o to samo boję się także i ja - nie myślę oczywiście o Despero, tylko o sobie i swoim życiu. A do takich refleksji sprowokowała mnie zwykła bajka o myszce, księżniczce, zupie i szpulce nici :-) ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||